Niby fajnie mieć psa, niby fajnie jest chodzić na spacery...
przynajmniej w teorii. Pół biedy jak słoneczko świeci, ptaszki śpiewają a cały
świat jest tak piękny, że nic tylko wymiotować tęczą. Schody zaczynają się, gdy
pogoda jest tak parszywa, że tylko szaleńcy wychodzą z domu. Właśnie nastał ten
uroczy czas, w którym ostatnie o czym marze to iść do parku no ale chciałam psa
to nie mam za bardzo wyboru. Najgorzej to zmusić się do wyjścia. Można byłoby
sobie jeszcze pospać, albo zakopać się pod kocem i oglądać serial. Fajnie sobie
pomarzyć a tymczasem trzeba iść wybiegać psa. Zawsze moja wyobraźnia przed
wyjściem staje się bardzo kreatywna i podsuwa mi obrazy, błota, deszczu i
ogólnej brzydoty świata. Tak więc z odpowiednim nastawieniem ubieram się,
zabieram akcesoria spacerowe no i w końcu wychodzę. Przy klatce włączam
autopilota i z mina skazańca kieruje się w stronę parku. Dotarłszy na miejsce,
godzę się z moją niedolą i potem już jakoś idzie. Rudy biega, ćwiczy i robi
wszystkie te rzeczy, które psy robią. Po wykonaniu wszystkiego co miało zostać
wykonane, wracamy oboje ubrudzeni i szczęśliwi. Foxtrot bo mógł sobie poszaleć
a ja bo w końcu zmierzamy do domu :)